środa, 17 maja 2017

O la la! Transplanty dwa...

Długi majowy weekend to dobry czas, żeby wyruszyć gdzieś motocyklem. Nie musi być daleko i do tego jest dobrze, gdy i towarzystwo jest jak należy. Tym razem było wszystko. Wraz z Muchem, który oprócz humoru, zabrał i Olę, wyruszyliśmy przez Pomorze Środkowe, w stronę Słowińskiego Parku Narodowego.
Pogoda była całkiem słoneczna, jednak nie było zbyt ciepło. W odróżnienia od mojego poprzedniego sprzętu (Honda Black Widow), Honda Transalp XL700VA pozwala cieszyć się jazdą bez zbytniego wybatożenia wiatrem w klatę, więc było całkiem znośnie. Much również na Transalpie, tyle że 600. I nieco starszym, ale za to z większą owiewką. Do czasu….

Ruszyliśmy bocznymi drogami, w sporej mierze znanymi nam z wyprawy rowerowej w 2011 roku. Zieloność powoli kwitnie, motocykle działają idealnie, cóż potrzeba więcej do szczęścia? No może np. zjazdu w jeszcze bardziej boczną drogę. Najlepiej taką bez asfaltu. Tak też robimy, jadąc także nam znaną polną ścieżką. Daję Muchowi znać, żeby jechał pierwszy, gdyż moje Anakee III w lekkim błocie i piasku spiskują przeciw mnie i chcą dokonać przewrotu. Jadę więc ostrożnie. Wkrótce pierwsza przeprawa przez większą wodę i błotne koleiny. Jest OK, jadę więc pierwszy. Po kilku minutach, we wstecznym lusterku zauważam brak Muchego. Zatrzymuję się więc i, żeby nie wracać po błocie na którym ledwo utrzymuję równowagę, zostawiam motocykl i idę z powrotem około 300 metrów, gdzie spotykam towarzyszy. Ich Transplant już stoi, jednak złamana owiewka świadczy o wywrotce. Po chwili ruszamy dalej i kilka kilometrów dalej dojeżdżamy do asfaltu, który w końcu zaczynam doceniać i lubić.
Po kilku przystankach na zrobienie zdjęć (m.in. na jednym z nich ja uszkadzam owiewkę w moim sprzęcie, gdy ten zdradziecko podczas manewru na pokrytej kretowiskami łączce, zdradziecko usiłuje się położyć i opiera się o poręcz wiaty), po południu docieramy w okolice Smołdzina. Znajdujemy kwaterę, po czym ruszamy w las. Są nawet i bunkry. Jest też i Jack Daniels i zachód słońca nad morzem i morzem zielonego lasu. Do tego świetne towarzystwo. Jeśli to nie jest najlepsze co być może, to już sam nie wiem. 
Po powrocie na miejsce noclegu, na tyłach domu spędzamy jeszcze ze dwie godziny przy ognisku, piekąc kiełbaski, sącząc Bourbona i głupiejemy do reszty. I o to chodzi.

Kolejnego dnia trochę czasu na plaży oraz wejście na latarnię morską. Co ciekawe, jeżdżę do SPN już ćwierć wieku, ale nigdy nie byłem na tej latarni. Widok rzeczywiście niesamowity. U góry jest nieco wąsko i dla osób nie lubiących dużych wysokości, to może być przeżycie (vide: Much). Trwa akurat jakiś bieg na 10 km po Parku, więc co chwilę mijają nas jacyś zawodnicy (oczywiście nie na samej latarni, ale w lesie).
Wracamy nie za szybko, gdyż brak owiewki u Muchego, mógłby spowodować jego zdmuchnięcie z siodła wraz z pasażerką. Przy elektrowni wodnej w Zydowie następuje czas na ostatnie zdjęcia i pożegnanie. Kilka kilometrów później machamy sobie kuframi, rękami, kierunkowskazami, po czym ja kieruję się w stronę Czarnego i na Złotów, a oni przez Bobolice na Złocieniec.
Dzięki Much! Dzięki Ola! Fajna dwudniowa wycieczka. Chcę jeszcze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz